WYWIAD FOTA 2

A skoków mam za sobą 653 i pół

Nie da się być szczęśliwym przez cały czas, ale można robić wszystko, by czuć się dobrze. Ja doceniam życie od momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że choruję na postępującą chorobę, jaką jest zanik mięśni. Mimo to, często jestem w stanie stwierdzić, że mam świetne życie. Realizuję się na wielu płaszczyznach i poznaję niesamowicie wartościowych ludzi. Jedną z nich jest Jarek Kailing, zwany przez przyjaciół Hrabią. Jest to człowiek, którego historię chciałabym, abyście poznali.

Czym zajmujesz się w życiu?
Mam wrażenie, że robiłem w nim już wszystko, ale wynika to chyba z mojego wieku. Jestem profesjonalnym układaczem spadochronów, mam wiedzę na temat stref spadochroniarskich. Przez rok byłem koordynatorem strefy w Hiszpanii, później zostałem szefem naziemnym, który wie wszystko od A do Z. Obecnie od siedmiu lat trenuję wioślarstwo, a od dwóch reprezentuję nasz kraj. Teraz w kadrze przygotowuję się do przyszłego sezonu, w którym wystąpię w Mistrzostwach Europy oraz Polski, które z resztą odbędą się już w styczniu. Moje cele to także Mistrzostwa Świata w Bostonie i Puchar Świata w Poznaniu.

Ile masz skoków spadochroniarskich za sobą?
W sumie to 653 i pół.

Czytając o wszystkich Twoich powyższych aktywnościach, nikt zapewne nawet nie pomyślał o tym, że poruszasz się na wózku. Czy Twoja niepełnosprawność jest związana ze skokami?
Tak, raz po prostu tak przywaliłem o glebę, że wszystkie krety z lotniska uciekły. A na poważnie, miałem wypadek podczas skoku spadochronem. W dużym skrócie mogę powiedzieć, że wtrąciłem się w rotor powietrza i wpadłem w turbulencje, co poskutkowało podwinięciem się czaszy spadochronu na wysokości 5-7 metrów nad ziemią, z prędkością ok. 70km/h, a grunt jak wiemy miękki nie jest. Miałem sekundy, a nawet ułamki sekund na reakcję! Po prostu przestałem szybować – spadałem. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to lądowanie jak na desancie – nogi razem! Niestety na pochyleniu lotniska nogi odskoczyły do przodu i przywaliłem na tyłek, z prędkością ok. 60 km/h. Bólu jeszcze wtedy nie czułem, ale patrzyłem na swoje stopy i już wiedziałem, że nie mogę nimi ruszać. Cały czas byłem przytomny. Poprosiłem nawet chłopaków, żeby mi ściągnęli spadochron, bo nie chciałem, by mi go pocięli. Cały czas byłem przytomny. Pamiętam wszystko. Nawet to, że jak śmigłowcem lądowali, to zasypało mnie piachem. Po wylądowaniu nic nie czułem, ale jak karetka zjechała z krawężnika, to było uczucie, jakby mi ktoś plecy wyrywał. Nie potrafię tego odpisać.

WYWIAD FOTA 1
Mimo wypadku Jarek cały czas uczestniczy w spadochroniarskim świecie, tutaj ze mną i Saszą – układaczem spadochronowym. fot. prywatne archiwum

Jak poradziłeś sobie po wypadku?
Po wypadku? Pierwsze dwa dni to była tragedia, nie wiedziałem jak do tego podejść, co myśleć. To był koniec świata. Kurde, przecież nie działałem od pasa w dół. Pojawiały się od razu pytania, co ze skakaniem, seksem, po co żyć? O bólu nie wspomnę, tylko morfina pomagała. To był jakiś koszmar, tortury. To jest jak ze skokami, nie da się tego opisać. Ale musiałem się otrząsnąć i wrócić do życia, więc zacząłem walczyć. W szpitalu spędziłem dziewięć miesięcy.

Znam wielu ludzi po wypadkach, a Ty jesteś w bardzo dobrej formie, wartej naśladowania przez osoby, które zwyczajnie się poddały.
Bardzo dużo zależy od nastawienia, wtedy i te fizyczne bariery jakoś łatwiej przezwyciężyć. W szpitalu uczyłem pacjentów chodzić, tych, którzy byli tam ze mną. Lekarze przychodzili prosić mnie, żebym rozmawiał z innymi chorymi. Rodzice chorych też.

Sam byłeś w rozsypce, świat Ci się zawalił, a prosili Cię o podnoszenie innych na duchu. Jak to możliwe?
Czułem się trochę jak Bruce Wszechmogący. Jak? Nie wiem. Ogromną motywację dawało mi to, że byłem potrzebny. Byłem w szpitalu w Hiszpanii, ćwiczyłem lokalnych, choć nie mówiłem dobrze w ich języku. Placówka, w której przebywałem i miałem rehabilitację, nie była normalnym szpitalem. To był raczej klasztor. Byli tam mnisi, zakonnicy i siostry zakonne. Znajdował się w samym centrum Sewilli.

wywiad o
Jarek podczas skoku. fot. prywatne archiwum

Kiedy zacząłeś skakać?
Skakać zacząłem w 1997 roku, mając 34 lata, czyli bardzo późno. Wcześniej byłem mężem, a po rozstaniu z pierwszą żoną stwierdziłem, że wracam do sportu. Jeździłem trochę na rajdach, takich zwykłych –  żaden  ze mnie Hołowczyc czy Kubica. Jak skoczyłem pierwszy raz, to trochę mi odbiło i dosłownie sfiksowałem na tym punkcie. Uprawiałem prawie wszystkie możliwe sporty. Mieszkałem na Błoniach, blisko lotniska i oglądałem skoki od małego. Myślę, że zacząłbym wcześniej, ale słyszałem tylko: „Nie! Masz dzieci i takie tam bzdury.”. I tak skakałem do wypadku w 2007 roku i wcale nie żałuję, że się połamałem! Widocznie tak miało być. Tak naprawdę, nigdy nie skończyłem ze spadochroniarstwem, nadal jestem skoczkiem! Mimo że póki co nie mogę czynnie go uprawiać. Może jeszcze kiedyś to zrobię – kto wie? Chcę zrobić to sam i wylądować w wodzie na spadochronie celnościowym. Na ziemię nie mogę skakać, bo moje nogi nie utrzymają się.

Kiedyś z kolegą spadochroniarzem śmiałam się, że jesteśmy dziwni, bo przyznajemy się przed sobą, że cholernie się boimy za każdym razem, gdy mamy skoczyć. Ci, którzy się nie boją, najczęściej ulegają wypadkom.
Nie da się ukryć, że trzeba mieć trochę odwagi, by stanąć w drzwiach i skoczyć. Ale nie raz, bo pierwszego skoku się z reguły nie zapamięta, ze strachu pewnie. Ja uważam, że jeżeli ktoś mówi, że się nie boi, to kłamie albo jest po prostu głupi. Jest to sport niebezpieczny, więc tylko głupek się nie obawia.

Co czujesz, gdy wracasz do filmów, zdjęć?
Nie mam zbyt wielu nagrań z własnych skoków. Śmieję się, że to dlatego, że kiedyś nie było kamer GoPro. Ale jak już mam jakieś nagrania i zdjęcia, to uwielbiam je oglądać. Patrząc, pamiętam, co robiłem, jak się czułem w każdym momencie lotu. Wspaniale jest to przeżyć jaszcze raz.

Teraz zdobywasz sukcesy na wodzie. Jest inny poziom adrenaliny?
Wioślarstwo jest ciężkim sportem! Ze skokami to nie ma nic wspólnego. To inna liga. Nie ma imprez, bo jak są, to nie ma wyników. Ja przez wiosła rzuciłem palenie. Picie też – wszystkiego. Pamiętam pierwsze zawody w Hiszpanii, po zakończeniu nie mogłem mówić, bo kaszlałem. Pytają mnie kumple: „Co jest zgrane?”,  ja odpowiadam: „Palę”. No i przestałem. Jeśli miałbym porównać te dwa sporty, to powiem, że w wioślarstwie adrenalina też jest. Woda to żywioł, trzeba mieć do niej duży respekt! Ja mam.  Super się czuję, kiedy skończę udany start. No i poza tym, też są wypadki, takie jak np. zderzenia z innymi, bo przecież płyniesz plecami do kierunku jazdy. We mnie już kiedyś wjechała czwórka i skończyłem w szpitalu. Myślę, że jestem szczęściarz, bo jednak nadal żyję i powiem wam, że cieszę się z tego powodu.  Tak jakby dostaję nowe życia.

WYWAID FOTA 3
Sukcesy w wioślarstwie motywują do ciężkiej pracy i treningów. fot. prywatne archiwum

Nie boisz się śmierci?
O śmierci nigdy nie myślałem! Pewnie, wiem, że kiedyś nadejdzie. Wiecznie też żyć nie chcę. Czym jestem starszy tym słabszy, wiesz dobrze, o co mi chodzi. Myślę, że dlatego tyle trenuję i walczę z chorobą, by jak najdłużej żyć.

Jesteś szczęśliwy na tym etapie życia?
Czasem jestem nieszczęśliwy, lecz króciutko. Mam dołki jak każdy, nie? Rozmyślam, że  jestem po wypadku, że jeżdżę na wózku inwalidzkim. To normalne, tak to w życiu bywa. Mam piękną żonę, która o mnie dba. Jestem niezależny,  uczyłem się tego aż przez 9 lat i myślę, że jestem ogromnym szczęściarzem. Bo żyć jest pięknie.

Katarzyna Śmiałek 
redakcja: Julia Brudło

3

Komentarze

komentarze

3 miesiące ago